piątek, 23 lipca 2010

Spływ Kajakowy - Słupia Adventure 17-18.07.2010

No i nadszedł dzień w którym zorganizowałem już 5 raz spływ kajakowy dla najbliższych znajomych. Tym razem zrezygnowałem z nudnej Brdy na rzecz bardziej ciekawej i wymagającej rzeki jaką jest Słupia (górny odcinek rzeki). Z tego względy zabrałem najbliższych znajomych którzy już nie raz mieli do czynienia z kajakiem na rzekach i w razie jakichkolwiek upadków, wywrotek nie będą mi "piszczeć" że chcą do domu.

Cała grupa liczyła 7 osób, 5 kajaków.
Migdał z Danielą w dwójce.
Ewa z Marcinem w dwójce.
Ja w jedynce.
Bracki w jedynce.
Mikrus w jedynce.

Z polecenia niedawno poznanego na grupie dyskusyjnej Jarka z Bydgoszczy wybrałem firmę ekajaki w celu zaopatrzenia w sprzęt oraz przewodu ludzi i kajaków.
Spływ był zaplanowany jak zwykle na dwa dni wiosłowania. Pierwszy dzień ok 6 h zaczynając na jezierze koło Sulęczyna i kończąc w elektrowni Struga. Następny dzień ok 4-5 h zaczynając w Strudze i kończąc w Gołębiej Górze.
Nocleg załatwiłem w domku na działce u kierownika elektrowni.



Ale poklei:

Punkt spotkania wyznaczyłem w Soszycy koło mostku o godzinie ok 10:00-10:30.
Migdał i Daniela jechali z Świecia motocyklami, Ewa z Marcinem toyką z Bydgoszczy a my czyli ja, bracki i mikrus skodilakiem Bartka.

Pierwsza się zameldowała Ewa że jest już na miejscu. My z powodu że Bracki wracał w nocy dzień wcześniej z Wrocławia i nie zdążył się ani spakować ani zakupów porobić mieliśmy spóźnienie i wyjeżdżaliśmy z Gdańska dopiero ok 9:40.
Dojechaliśmy na ok 11:00 podobnie jak Migdalscy.
Wszyscy razem udaliśmy się do domku na działkę by zostawić wszystkie rzeczy potrzebne do noclegu. Zabraliśmy to co tylko niezbędne i polecieliśmy do Bytowa do firmy ekajaki gdzie czekał na nas już bus z sympatycznym kierowcą:)

Wszyscy załadowani więc można lecieć. Pojechaliśmy kawałek dalej po przyczepę z naszymi kajakami a następnie na jezioro przed Sulęczynem.

Sprzęt naprawdę zawodowy - kaski, fartuchy, kajaczki , wiosła pierwsza klasa. No i cudowne kamizelki z przybornikiem na puszeczkę:) (niektórzy niezgodnie z instrukcją używali tego kieszonki do komórki, aparatu - proszę na przyszłość tego nie robić:))

 Marcin od razu musiał wypróbować cały ekwipunek by później czuć się bezpiecznie:)

Ja testowałem inny sprzęt i funkcję kapoka:) - Harnaś - po zbóju:)
Na jeziorze mieliśmy okazję wypróbować nowe kajaki, i wczuć się w jedynki ponieważ nikt od nas nie pływał jeszcze jedynkami. A faktycznie są dużo bardziej wywrotne niż dwójki, ale za to lżejsze i bardziej zwrotne. Wiec po paruset metrach i kilku manewrach było już wiadomo z czym to się je.
Na jeziorze oczywiście spotkała nas burza z piorunami i grzmotami, wiec szybko wiosłowaliśmy ku ujściu rzeki. A tutaj jeszcze przed słynna rynna fajny próg i bystrze do pokonania. Później jeden mostek, drugi i rynna:) Spływaliśmy w dosyć dużych odstępach po rynnie, z kaskami, fartuchami i kapokami. Nie wiedzieliśmy czy damy sobie rade. Jednak okazało się że nie jest to takie trudne jak się wydaje i wszystko bez wywrotko wo praktycznie pokonaliśmy rynnę. Zatrzymaliśmy się w połowie i tam założyliśmy obóz:) Następnie kilka razy przenosiliśmy kajaki w górę nad rynnę by spłynąć jeszcze raz i jeszcze raz. Coraz pewniej i szybciej:) Dodatkowo zjeżdżając do wody po stromej górce z poziomu ulicy. 
Niektórym było za gorąco więc mieli okazję się ochłodzić:)


HARY i RYNNA:)


HARY i Bracki


Na rynnie bawiliśmy się z dobre 1,5 h, co później za skutkowało godziną zakończenia pierwszego dnia spływu o godzinie 21:00. 
Nastąpiła dużo spokojniejsza woda, jednak dwie przenośki krótkie i jesteśmy znowu na wodzie. Niestety przez susze które w tym roku były stan wody w górnym odcinku był bardzo niski więc dwójki praktycznie co chwile musiały wysiadać i przepychać kajak. My w jedynkach jakaś dawaliśmy radę. Chodź też parę razy musiałem wyjść.
Pogoda się poprawiła, na nowo wyszło słoneczko i można było spokojnie założyć kapelusz Kaowca i powiosłować troszkę:)


Jednak im dalej w dół rzeki był wody więcej. Chodź już widziałem te pioruny w oczach dwójek - dlaczego nie załatwiłem więcej wody:) No niestety 150zł nie starczyło na dolanie troszkę wody, lub pogłębienie dna.
Ale cały czas ich pocieszałem że im dalej tym będzie więcej wody - chodź sam blefowałem ponieważ nie znalem tej trasy i nie wiedziałem tak naprawdę czy nie będzie gorzej. Ale oficjalnie wszystko było pod kontrolą.

Co jakiś czas pojawiały się na trasie ciekawe przeszkody, jak stopnie wodne czy bramki w które trzeba było się wpasować. Nie wszyscy z tego wyszli sucho:)


A że Danielka była już całą mokra
 I zwierzęco głodna.....

To i mi troszkę pomogła się odświeżyć:)

I tak płynęliśmy, płynęliśmy ale końca drogi nie było widać. Szlak na tyle dziki że nie spotkaliśmy żadnego innego kajaku. Płynęliśmy już parę dobrych godzin, zaczynało się robić ciemno, i jedzonko się już kończyło. Każdy tylko marzył już o grillowaniu wieczornym. A my praktycznie nie wiedzieliśmy (oczywiście pozornie bo kierownik wszystko dobrze miał obcykane gdzie i ile jeszcze trzeba płynąć) gdzie płynąć. Na mapie którą otrzymaliśmy od ekajaków wychodziło że musimy przez jezioro jeszcze przepłynąć i kilometrowo to ok 10 km!!! No ale nic trzeba było kajakować do przodu. Wody coraz wiecej więc i lepiej się wiosłowało. Niestety niektórzy znaleźli pasożytniczy sposób na ułatwienie sobie spływu:)

Był oczywiście i czas na pozowanie

Faktycznie w pewnym momencie wypłynęliśmy na jezioro, chodź sam początek jeziora to była wielka mielizna, jednak kawałek dalej pogłębiło się i obraliśmy azymut według mapy ku ujściu.
Woda w jeziorze była taka ciepła że aż za ciepła na orzeźwienie. Mi osobiście się podobało to jeziorko i kajakowanie na niem. Było to coś innego niż przez poprzednie 2-3 godziny lasów i łąk do tego trafiliśmy praktycznie na zachód słońca i stado łabędzie:) Które próbowaliśmy wojskową formacją z Mikrusem i Brackim sforsować jednak gdy zauważyliśmy że to nie są tylko te 3 które gonimy a po boju jest ich całe dziesiątki - odpuściliśmy im tym razem.
Kawałek wiosłowania po wąskich leśnych dróżkach i dopływamy w końcu do tamy w Bylinie. Znak zakaz ruchu w obu kierunkach dużo nam mówi więc przenosimy kajaki na drugą stronę kanału i spływamy do zamkniętym kanałem wprost do elektrowni w Strudzę gdzie mieliśmy nocleg. A że było pozwolenie załatwiane u kierownika elektrowni na przepływ kanałem byliśmy pewni siebie i bez zastanowienia zrzuciliśmy kajaki do kanału. Oczywiście trzeba było spróbować zjazdu jedynkami do kanału. Ja jako pierwszy wskoczyłem i nawet weź wywrotki wpłynąłem na kanał - tylko że z połową wody w kajaku:)

Dalej już poszło szybko, dopłynęliśmy do elektrowni w Strudze, gdzie wynieśliśmy kajaki i zanieśliśmy na miejsce jutrzejszego startu. Oczywiście nie bez przygód w postaci np. uciekających gąsek, gdzie team Migdalskich okazał się profesjonalnymi zaganiaczami drobiu, czy też bardzo miłego pana w okienku który serdecznie nas przywitał i zapytał - jak tam się płynęło dzisiaj i zaprosił na herbatkę:) Na szczęście gąski wróciły tam gdzie miały, a z dziadkiem sobie wszystko wyjaśniliśmy.

Udaliśmy się na miejsce spoczynku czyli do domku na działce obok elektrowni. Wszyscy wyczerpani i głodni czekali tylko na mięsko na talerzu. Jak zwykle serfował tego wieczora kucharz Hary więc troszkę mu zajęło rozpalenie paleniska i obsmażenia frykasów. Wieczorem spotkaliśmy się z Moniką, Darkiem i Pauliną którzy dojechali do nas na nocleg by dotrzymać nam towarzystwa. Krążyli po całej wiosce szukając nas, zapoznając sołtysa, sklep, remizę i co tylko w tej wiosce było - w końcu odnaleźli nas:)


Była do wyboru: kiełbaski, patyczki bekonowe, krupniak(kaszanka), karkówka.
Do tego Cola, Pepsi, napoje, wódeczki pare flaszek i browarków co nie miara.


Kiedy on w końcu poda coś do żarcia..... ??

Umrę wcześniej niż coś się tam upiecze....

Bracki: Eee tam lepiej się napijmy
Chcesz gryza, coś znalazłam - całkiem świeże..

Motyla noga.... Hary ogarnij się w końcu i daj coś do żarcia....

Ehh pogram i pośpiewam sobie tutaj w rogu, to może wszyscy pójdą i będzie więcej dla mnie...

No i tak po krótce wyglądało oczekiwanie na mięsko. Gdy się wszyscy najedliśmy, napiliśmy zaprosiłem na ognisko, na którym śpiewy, pogrywanie na gitarce i harmonijce oraz pieczenie kiełbasek oczywiście musiało być.

Po wszystkim trzeba było się kimnąć bo rano pobudka i kolejny etap wiosłowania.
Z brackim walnęliśmy się na tarasie praktycznie pod stołem na dechy bo nie chciało nam się rozkładać na te parę godzin namiotu.

Może nie było za wygodnie ale chociaż przewiewnie i chłodno.

Szczotkowanie synchroniczne w małżeństwie to podstawa.

Po śniadanku skapowaliśmy się i ruszyliśmy do elektrowni po kajaki. Przed startem udało się załatwić zwiedzanie najstarszej działającej elektrowni wodnej w Polsce od wewnątrz. Dużo ciekawych urządzeń elektrycznych, mechanicznych można było zobaczyć z bliska. Najbardziej oczywiście był zafascynowany nasz pan magister elektryk wysokich napięć i kierownikowi elektrowni obiecał " Ja tu jeszcze wrócę."


Drugi dzień prowadził od Strugi do Gołębiej Góry, czyli przez rezerwat doliny Słupi. Dużo więcej wody, więc już praktycznie nie trzeba było przepychać kajaków oraz wiele fajnych przeszkód w postaci przewalonych drzew przez które staraliśmy się jak najwyżej skakać. Kajaki polietylenowe więc dawały rade.

Frajdy co nie miara:)


Oczywiście nie obyło się bez bitwy wodnej

I raz dwa i jesteśmy w Gołębiej Górze

Na końcu fajne jest bystrze ułożone z kamieni gdzie próbowaliśmy pod prąd płynąc jednak już nie starczyło sił by pokonać pęd wody.

Wyciągnęliśmy kajaki na brzeg i opatrzyliśmy rany bo bitwach wodnych:) Na pocieszenie usłyszałem " do wesela się zagoi.." no tego jestem pewien bo to pewnie będzie jeszcze z 10-20 lat:)

Na brzegu praktycznie czekała na nas już firma ekajaki z przyczepą i busem. Załadowaliśmy kajaki i siebie i pojechaliśmy do bazy w Bytowa po samochody i moto.
Oczywiście nie bez przygód udało nam się wyjechać z Bytowa. Okazało się ze Migdał w moto zostawił postojówki i akus siadł - więc odpalanie na złodzieje z samochodu pomogło. A Daniela z rozpędu jak zaczynaliśmy spływ zostawiła kask na parkingu i teraz go nie było tam gdzie powinien być czyli w samochodzie. Poszukaliśmy jednak i znaleźliśmy go w garażu odłożony. Więc w końcu udało nam się dojechać do działeczki zabrać bagaże i rozjechać się każdy w swoim kierunku.

Podsumowując:
Firma ekajaki spisała się na medal: super sprzęt, super kontakt, i co sie nawet okazało to dzwonili do mnie i nagrali się na sekretarkę z ta postojówka i kaskiem żebyśmy wiedzieli - niestety zasięgu tam nigdzie nie było bym to odebrał. Jak obiecali wymienić dwa wiosła to tak zrobili - specjalnie przyjechali do strugi z dwoma wiosłami. Po za tym wszystko na nas czekało już, czy w jedna czy w drugą stronę. I w ogóle fajny klimat ludzie z tej firmy stworzyli - widać że lubią to co robią i sa w tym dobrzy. Nie idą na masówkę tylko na jakość. Więc na pewno jeszcze nie raz skorzystam z ich usług w kolejnych spływach.

Jeśli chodzi o trasę: to Na jedynkach bardzo fajna , na dwójkach tak jak ostrzegałem pierwszy odcinek mało spływalny i dużo było przeciągania. Na szczęście udała się i im dałem tym więcej wody było.
Prawdę mówiąc oczekiwałem większego hardcoru, szybszego nurku więcej kamieni itd - jednak rynna suleczyńska zrekompensowała te braki w odniesieniu to całości trasy.

Ekipa: Hm.... Niestety uczepili się mnie, i już 5 rok z rzędu zatruwają mi życie na spływach. A serio to lepiej ekipy nie można było sobie wymarzyć, grupa twardzieli i twardych dziewczyn, które pokazały że motocyklistki to twarde osoby nie tylko na asfalcie. Wszyscy zachowali zasady względnego bezpieczeństwa, trzymali się w grupie i jak ktoś potrzebował pomocy zawsze można było na nią liczyć. Czego chcieć więcej:)
Chyba tylko kolejnych spływów z tą ekipą.

Jeszcze raz wielkie dzięki uczestnikom spływu za towarzystwo, ogrom śmiechu i wyborną zabawę. Firmie ekajaki za profesjonalną obsługą. Kierownikowi Elektrowni w Struga za możliwość noclegu, spłynięcia zamkniętym kanałem, zwiedzaniem elektrowni i przetrzymaniem kajaków.
Oraz koledze Jaro z Bydgoszczy który jako doświadczony kajakach podpowiedział mi co i jak odnośnie trasy, firmy, sprzętu itd.
Wielkie dzięki i do następnego....


Kierownik : Hary

Wszystkie zdjęcia i filmy tutaj:
Zdjęcia
Filmy

2 komentarze:

  1. wyprawa bardzo fajna, doborowe towarzystwo i pyszne jedzonko :-) aaaaa jakie fajne zdjęcia hihihih operatorka aparatu (Ewa i Marcin)

    OdpowiedzUsuń