niedziela, 19 lipca 2015

MotoSłowacja - Słowackie Plesa - Wysokie Tatry - 12.07-18.07.2015

Początek wiosny, pierwsze słoneczne i ciepłe dni i pierwsze myśl - nowy sezon motocyklowy jest już tuż tuż. Zeszły pod kątem nakręconych kilometrów nie był udany bo zakup i remont mieszkania  spożytkował nasz cały urlop i zaplecze finansowe, dlatego w tym roku postanowiliśmy sobie to odbić i wyjechać gdzieś poza granicę Naszego osiedla :)
Zaczęliśmy rzucać pomysłami fajnych miejsc, które byśmy chcieli odwiedzić, Hiszpania, Włochy, Chorwacja - ciepłe kraje, piękne plaże i pewna pogoda, ale po chwili zamyślenia postanowiliśmy zmienić zakładane plany wygrzewania się na plażach na wypoczynek bardziej aktywny i czasem z większą dawką adrenaliny. Pomyśleliśmy o wycieczkę kolejny raz na szlaki górskie, gdzie można połączyć śmiganie po fajnych krętych drogach na motocyklu, a później zbliżyć się do natury i pięknych widoków na nieco większej wysokości niż poziom parkingu. 
Dwa kraje braliśmy pod uwagę: Austria i Słowacja. Austria nas bardzo kusiła wieloma walorami i tym, że tam Nas jeszcze nie było, a wiele relacji motocyklowych z tych regionów zachwyca, ale nie dużo czasu który mieliśmy do dyspozycji i chęć powrotu kolejny raz na Słowacką stronę Tatr wygrały i wybraliśmy Słowację, ale tym razem region Wysokich Tatr.

Plan zakładał polatanie po górskich drogach, ale również codziennie jakąś wycieczkę w góry, a że nasza kondycja oraz doświadczenie we wchodzeniu na szczyty powyżej 2500 m n.p.m była niewielka, postanowiliśmy pozwiedzać wszystkie piękne słowackie Plesa, które zazwyczaj znajdowały się na wysokościach ok 1500 m n.p.m i pięknie komponowały się z widokiem Wysokich Tatr.

Kwaterę znaleźliśmy w samym centrum miejscowości Wielka Łomnica, wynajmując całe mieszkanko na parterze z bezpiecznym miejscem na moto za jedyne 8 euro od osoby (www.lomnica.net), dla porównania większość kwater, hoteli itp. w tym regionie było po 16-20 euro / osoba więc cena była naprawdę bardzo dobra.

 1 dzień (niedziela)
W sobotę popołudniu dojechaliśmy z Gdańska do mojego rodzinnego domu w Chełmnie, by następnego dnia z samego rana wyjechać w kierunku granicy Słowackiej. Plan na dzisiaj to dojechać do kwatery (ok 700 km, bo chcieliśmy objechać bokiem Łódź) i jak starczy czasu zapoznania się z okolicą oraz zakupy na kolejny tydzień w jakimś markecie.
Początek dnia ponury i nie za ciepły jednak prognozy mówiły im dalej na południe tym cieplej i tak faktycznie było. W połowie Polski był już upał, więc wypinamy wszystkie membrany i lecimy jedynie na termoaktywkach.




Bez większych problemów dojeżdżamy do kwatery w ok 8h. Rozpakowujemy się i po szybkich zakupach idziemy w kimę. Prognozy słowackie niestety na kolejne dwa dni zakładały opady, pochmurno, więc odpuściliśmy na te dni jakieś wysokie wspinaczki i wybraliśmy na początek bardziej lajtowe doliny.


2 dzień (poniedziałek)
Na pierwszy rzut poszła najbardziej popularna w regionie Wysokich Tart atrakcja, czyli górskie wodospady w okolicy Starego Smokowca. Od rana pogoda nie rozpieszcza, ale nie bacząc na to pakujemy plecaki wbijamy się w zbroję i lecimy do Starego Smokowca, gdzie zostawiamy moto na parkingu (5 euro/dzień) przebieramy się w ciuchy trekkingowe i ruszamy na Hrebieniok szlakiem niebieskim. Przewodniki zabrane, map chyba z 3 sztuki ale i tak nic to nam nie pomogło, bo po pierwszych 15 minutach odbiliśmy w złą odnogę szlaku i przez około następne 20 minut szliśmy w górę w przeciwnym kierunku :)
Po jakimś czasie dotarło to do nas, więc zawróciliśmy i odnajdując poprawną część szlaku ruszamy w górę. Po ok 1h 20 minut jesteśmy na Hrebienku, stąd startują szlaki na wodospady Zimnej Wody. Studiując kolejny raz mapę obieramy kierunek i zwiedzamy piękne potoki oraz mniejsze i większe wodospady. Szlak bardzo łatwy, więc nie ma co się dziwić, że nawet kobieta z wózkiem się na nim znalazła :)

Na końcu szlaku posilamy się w Chacie regionalnymi zupami i rozpoczynamy zejście wybierając inną drogę powrotną tak, by nie iść tym samym szlakiem i zobaczyć dodatkowe wodospady. Niestety większość dnia siorpie deszcz, ale widoki piękne. Po ok 6h wracamy do moto, przebieramy się i wracamy do kwatery.

3 dzień (wtorek)
Kolejny dzień rozpoczynamy bardzo wcześnie, ponieważ dzisiaj jedziemy na szlak ok 7h, by po drodze zobaczyć Zielony Potok, Zielone Pleso i Białe Pleso.
Szybkie śniadanie, pakowanie prowiantu i już jedziemy motocyklem do punktu startowego, czyli do parkingu leśnego w miejscu o nazwie Biała Voda. Parking na 10-20 aut praktycznie w lesie a przy nim siedzi jakiś arab i chce 5 euro za dzień, niestety nie dało się z nim za bardzo porozumieć próbując negocjować w różnych językach, on jednak powtarzał jak mantrę 5 euro.

Szlak na początku dosyć plaski, z czasem zwiększający swoje nachylenie i trudności. Ludzi mało a co chwilę po jednej czy drugiej stronie piękny strumyk , zbocza i urwiska. Po ok 2h wychodzimy z zalesionego mocno obszaru i w końcu ukazują nam się szczyty i piękna dolina Kerzmarska.

W oddali widzimy górską chatę - jest to schronisko, gdzie można się przespać, zjeść, by np. następnego dnia skoro świt powspinać się na szczyty. My napawamy się widokiem Zielonego Plesa, w którym woda jest krystalicznie czysta a jakby dno o kolorze zielonym nadawało jej taką właśnie poświatę. Bardzo nam się ten widok spodobał, chodź żałowaliśmy że chociaż na chwilę nie wyszło słoneczko, bo wówczas na pewno widok byłby jeszcze bardziej imponujący.







Jak zwykle w tym miejscu coś jemy z kolekcji dań regionalnych, pijemy kawkę i ruszamy jeszcze ok 1h drogi w górę do kolejnego stawu, tym razem o nazwie Białe Pleso. Z daleka widzimy jakąś sadzawkę, która ładnie się wkomponowuje w krajobraz, ale jakoś imponująca pod kątem rozmiaru nie jest. Przekonani, że jest to słynne Białe Pleso robimy parę fotek i zaczynamy zejście szlakiem z drugiej strony doliny. Za chwilę jednak ukazuje nam się kolejne jeziorko, które okazuje się dużo większe, bardziej skaliste i to ono okazuje się Białym Plesem :)
Zaczynamy zejście i po ok kolejnych 2h dochodzimy do parkingu gdzie już nie ma Araba, ale na szczęście jest nasza maszyna. W drodze powrotnej do kwatery objeżdżamy lokalne uliczki, które pięknie się wiją między górami. 















4 dzień (środa)
Na dzisiaj plan był odmienny niż w poprzednich dniach, dla urozmaicenia i by nogą dać troszkę odpocząć postanowiliśmy pojeździć rowerami po estakadzie Pienińskiej. Około 8 startujemy i jedziemy na polską stronę do Szczawnicy, tam zostawiamy motocykl u jednego z gospodarzy w dobrej cenie jednego piwa :) i tuż obok wypożyczamy rowery (na 1h/4 zł na dzień 20 zł). Pogoda coraz lepsza i co dla nas zaskakujące brak ludzi o tej godzinie na tym zazwyczaj zatłoczonym odcinku. Zaczynamy trasę w Szczawnicy i kierujemy się wzdłuż Dunajca do Czerwonego Klasztoru.




Trasa ok 10 km spokojnie 1h-1,5h do ogarnięcia. Co jakiś czas zatrzymujemy się, by podziwiać widoki oczywiście również przy tej okazji konsumując co nieco z naszych zapasów plecakowych :)
Dojeżdżamy do Czerwonego Klasztoru, gdzie po krótkim zwiedzaniu zawracamy i tą samą trasą wracamy do Szczawnicy. Godzina ok 10-11 więc i ludzi coraz więcej, tłoczno, gęsto ale cieszymy się że chociaż w jedną stronę udało się poczuć bardziej spokój, ciszę wędrowania tylko sami po takiej pięknej ścieżce.

 




Oddajemy rowery, za które płacimy tylko 24 zł, odbieramy moto od gospodarza i wracamy na słowacką stronę, kierunek kolejne piękne i słynne Pleso, czyli Strebskie Pleso. Jest to jedyne górskie jeziorko, na którym można wypożyczyć łódź wiosłową i popływać. Dojeżdżamy do celu i jak zwykle pojawia się problem z parkingiem, na dziko nie ma za bardzo gdzie, a wszystkie parkingi obstawione. Na jednym udaje nam się znaleźć miejsce, jednak kolejne 6 euro. Po chwili spaceru widzimy jezioro i wypożyczalnię łódek, ale jakoś tak dziwnie, bo żadnej na jeziorze nie widzimy, co się okazuje, tego dnia nie wiadomo dlaczego wypożyczalnia pozamykana, zero info, jakieś karteczki nic. Delikatnie mówiąc zdenerwowaliśmy się troszkę, ponieważ nastawiliśmy się na tą atrakcję, niestety tego dnia pozostaje nam spacer wokoło całego jeziora (ok 1-1,5h) i obiad w regionalnej restauracji.


Wracamy do chatki, kolacja i planowanie kolejnego dnia, który miał pogodowo był najlepszy i którego chcieliśmy zmierzyć się z Sławkowym Szczytem (2452m n.p.m).

















5 dzień (czwartek)
Wstajemy jeszcze przed wschodem słońca, tak by się przygotować do dzisiejszej wędrówki. Plan był taki: wejście na Sławkowy Szczyt, który ma 2452 m n.p.m. Czas tego szlaku wejście i zejście ok 9h.
Pogoda klarowała się wyśmienita, delikatne chmurki a zza gór już się pokazywało piękne słoneczko.
Miałem troszkę obawy o Dagmarę, ponieważ wiem że ma lęk wysokości, a w górnej części tej góry będzie trzeba przejść po grani i przeskakiwać po dużych głazach, ale postanowiła, że spróbuje i zobaczymy gdzie się uda dość, tak by kolejny raz zmierzyć się z tym lękiem. Założyliśmy sobie, że wchodzimy tak wysoko jak Dagmara będzie w stanie, jeśli uda się wejść na szczyt, to super jeśli zawrócimy wcześniej i tak widoki będą na pewno wynagradzające.

Start podobnie jak pierwszego dnia, Stary Smokowiec, jednak tym razem by darować sobie 1h nudnego podejścia wzdłuż torów kolejki trasy na Hrebieniok, wjeżdżamy kolejką, która skraca ten czas do ok 15 minut (8 euro w dwie strony/osoba) a tym samym pozwala nam na zachowanie sił na bardziej wymagające i ciekawsze odcinki, które nas czekają.
Od kolejki cofamy się szlakiem czerwonym do rozwidlenia szlaków i na skrzyżowaniu wybieramy niebieski, który prowadzi bezpośrednio na szczyt. Ludzi nie ma za dużo, co nas bardzo cieszy.

Pierwsze godziny trasy to wspinanie się wąską skalną ścieżką ułożoną w gęstym lesie. Im wyżej zaczyna nam się roślinność przerzedzać i dochodzimy do poziomu kosodrzewiny, który pozwala już na ujrzenie wstępnej panoramy całej doliny i z daleka różnych wierzchołków. Pogoda słoneczna, choć co jakiś czas przechodzą takie chmury z wilgotnym powietrzem zasłaniające szczyty.




Dagmara przez cały czas sobie dobrze radzi i pokonuje kolejne przeszkody. które coraz częściej są bardziej wymagające, fizycznie oraz psychicznie. Ja im wyżej, tym czuję się lepiej :) nie mogę się napatrzeć na coraz do bliższe wierzchołki, skały wielkości ciężarówek i przepaści dosłownie krok ode mnie. Stoisz nad taką przepaścią w samotności i normalnie czujesz  "I believe I can fly.." i tutaj przypomina mi się jedna z wypowiedzi psychologa, do którego przyszedł człowiek nie mający w ogóle lęku wysokości, przestrzeni i opowiadając lekarzowi sytuację, że stojąc na krawędzi skały ma wielką ochotę skoczyć, zanurkować w tą przestrzeń, czy to normalne pyta lekarza - Lekarz : Musi Pan się leczyć .... :)
Tak i ja podobnie wówczas się czułem konsumując jabłko ze zwisającymi nogami nad przepaścią.




Ale wracając do szlaku, doszliśmy do przełomowego miejsca, gdzie trzeba było przejść na drugą stronę góry i następnie grzbietem w kierunku szczytu. Wysokość GPS pokazywał ok 2000m n.p.m i tutaj Dagmara miała największe wyzwania, ponieważ po drodze trzeba było praktycznie przykleić się do prawie pionowej skały z mini półeczki  przejść na kolejny głaz, jak to zobaczyłem to wiedziałem, że będzie to bardzo duże wyzwanie dla niej i prawdopodobnie tutaj zawrócimy. Ale o dziwo Dagmara po opracowaniu taktyki i obserwowaniu jak to można pokonać , podjęła się tego przejścia i przeszła :) Super.. szliśmy jeszcze przez kolejne 15 minut po głazach aż doszliśmy do tego przejścia na drugą stronę góry i tutaj Dagmara powiedziała "starczy". Z wyliczeń moich brakowało ok 2h na szczyt i Dagmara chciała bym szedł a ona poczeka, jednak nie było takiej opcji, by tutaj na skale czekała na mnie ok 4 h jak wrócę. Porobiliśmy sobie fotki, chłonęliśmy widoki i świeże powietrze i może z lekkim niedosytem jednak dumni, że tak wysoko weszła osoba z lękiem wysokości rozpoczęliśmy zejście, które wcale nie było łatwiejsze i w pewnych odcinkach zajęło nam więcej czasu niż wdrapanie się na nie.








Schodzimy na Hrebieniok, skąd wsiadamy w kolejkę i jedziemy do Starego Smokowca, wynajdujemy kolejny raz fajną restauracyjkę i zajadamy się słowackimi specjałami (Bryndzowe Haluski, Palaczinki, wysmażany ser  czy zupy czosnkowa, fasolowa).



Mamy troszkę zapasu czasu tego dnia, więc latamy po lokalnych drogach, które czasem są szerokie jak autostrady i nie ma problemu z pokonywaniem winkli, innym razem robią się jednokierunkowym chodnikiem, gdzie czasem brak asfaltu.

6 dzień (piątek)
Ostatni pełny dzień na Słowacji nam został, jutro z samego rana wracamy do Polski, więc postanowiliśmy kolejny raz spróbować popływać łódką po Strebskim Plesie, następnie wejść na kolejne Popradzkie Pleso i na koniec dnia zrobić sobie przejażdżkę na jedzonko do znanej z poprzednich wycieczek restauracji w Liptowskim Mikulasie a na sam koniec relaks w jednym z największych kompleksów basenów z termalną wodą w Aqua City Poprad.
I tym razem się udało, dochodzimy do Strebskiego Plesa i widzimy na wodzie łódki, więc już wiemy, że dzisiaj się uda. Nie czekając idziemy wypożyczyć sprzęt (18 euro - 40 minut) i już śmigamy po jeziorku oglądając wokół szczyty Tatr i skocznie narciarskie, które są tuż obok. Pierwszy raz płynąłem łódką tego typu i chwila minęła, niż załapałem jak równo i poprawnie wiosłować, ale na koniec to już driftowałęm nią i kręciłem bączki :)


Odstawiamy łódeczkę i ruszamy na szlak czerwony na Popradzkie Pleso. Szlak wejście i zejście w sumie 2 h. Ścieżka dosyć łatwa, więc i ludzi więcej, większość szlaku w lesie przecinającym co chwilę jakimś strumyczkiem, a to skalnym zboczem. Po godzince dochodzimy do Popradzkiego Plesa, tak mi się wydaje że to największe pleso, które widzieliśmy, obok restauracyjki, kwatery i plac zabaw dla dzieci, które najbardziej z tych widoków, atrakcji gór wybierały.. huśtawki i zjeżdżalnie :) Z tego miejsca staruje kilka szlaków na wierzchołki miedzy innymi ok 2h w górę i można być na Rysach od strony słowackiej.







Po obejściu jeziorka schodzimy troszkę inna trasą, która kończy się po ok 1h na parkingu przy FJR. Pora obiadowa, także wbijamy zbroje i lecimy na drugą stronę Słowacji w rejony nam już dobrze znane z poprzednich wycieczek czyli Tatry Niskie - Liptowski Mikulas. Tam w zaznajomionej restauracji wcinamy kolejne specjały i wracamy w kierunku Popradu, gdzie idziemy zrelaksować się na koniec naszej wycieczki do Aqua City (ok 20 euro po 17:00 do 22:00).



Byliśmy dwa razy w Tatralandii, a tutaj jesteśmy pierwszy raz, po ok 3 godzinach zwiedzania tego obiektu jesteśmy zgodni w tym, że tutaj nam się bardziej podoba. Mniej ludzi, czystsza woda, różnorakie zjeżdżalnie, duży olimpijski basen i fajnie podzielone baseny z krystalicznie czystą  z niebieskim podświetlaniem wodą termalną.
Około 20:00 wychodzimy z Aqua tankujemy moto na jutrzejszą powrotną drogę i wracamy by się wyspać przed jutrzejszą trasą.

7 dzień (sobota)
Plan zakładał wyjazd o 6:00 tak, by jeszcze bez korków przejechać zakopiankę oraz ominąć upały, które się rozpoczęły. Poślizg mieliśmy nie duży po 20 minut. A trasa powrotna przebiegła bez większych problemów (poza objazdem Łodzi, który nie do końca nam wyszedł i nadrobiliśmy trasy i straciliśmy troszkę czasu i nerwów). po ok 8,5h byliśmy już w Chełmnie gdzie czekała na nas rodzinka z grillem i imprezką rodzinna :) Więc tak miło zakończyliśmy nasz wyjazd. Do Gdańska wróciliśmy dwa dni później.




Podsumowanie:
Kolejny raz udało nam się spędzić wspaniale czas w Słowackich Tatrach, łącząc śmiganie na moto, z wycieczką rowerową, codzienną wędrówką po górskich szlakach kończąc na szaleństwach wodnych w Aqua City. Każdego dnia mieliśmy inne atrakcje. Pogoda była nie najgorsza: 3 dni deszczowo, ale ciepło a 4 dni upalne. Ludzie jak zwykle bardzo życzliwi, gościnni a kuchnia przepyszna choć czasem w niektórych potrawach odnaleźliśmy nasze polskie smaki.
Wróciliśmy ze wspaniałymi wspomnieniami, 20 GB filmów/foto z kilkoma pamiątkami dla rodziny i z czymś więcej, co niech zostanie na razie niedopowiedzeniem .. :)

 
Suma kilometrów: 2500 km
Ilość zwiedzonych górskich stawów: 4
Ogólny koszt wyjazdu (2 osoby) : 2000 zł

Dla wytrwałych (lub cwaniaków, którzy od razu przewinęli na dół stronę :)) filmik i pełna galeria zdjęć z wyjazdu.

PEŁNY ALBUM ZDJĘĆ 


 

Pozdrowienia
Hary i Daga

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz