piątek, 22 lipca 2011

Łupawa - 16 lipiec 2011 - Męska wyprawa w nieznane...

Łupawa - rzeka opisana w wielu przewodnikach, artykułach w internecie jako jedna z najtrudniejszych szlaków dla kajakarzy, wymagająca dużego doświadczenia i odporności na liczne kabiny... Szlak bardzo dziki, na którym nie znajdzie się tłumu turystów... Piękno przyrody, różnorakość krajobrazu i liczne elektrownie wodne to kolejna rzecz, która przyciąga śmiałków.
 Górny odcinek rzeki uchodzi bardziej za strumień górski, dość płytki, najeżony licznymi głazami tworzącymi liczne bystrza. Napotkanie na ukryte liczne kamienie kończy się zazwyczaj wywrotką...
Postanowiłem się przekonać czy faktycznie ta rzeka jest na pomorzu największym wyzwaniem kajakowym, dającym dużą dawkę adrenaliny. A żeby utrudnić sobie zadanie postanowiłem zamienić kajak z długiego, spokojnego i w miarę stabilnego Prijona Cruisera na górski krótki kajak Eskimo :)



 Żeby nie było nudno i cenowo przystępnie, udało mi się zebrać 5 - ciu śmiałków, którzy postanowili również zmierzyć się z legendą tej rzeki. A więc, Mikrus i Ja (pierwszy raz na górskich kajakach Eskimo) oraz Karaś, Bartek, Rafał  pierwszy raz na jedynkach Prijon Cruiser, także każdy oprócz trudnej rzeki miał dodatkowo oswojenie się z nowym sprzętem. Jednak to jeszcze nie koniec, dołożyłem do pieca, i wydłużyłem początkową trasę o kolejne 2h :).
Trasę zaplanowałem od Kozin -> Poganice, czas przewidywany to ok 8h (my zrobiliśmy ją w 7h a i tak spokojnie można by jeszcze z tego godzinę uciąć).
Jako firmę, która dostarczyła nam cały sprzęt oraz transport wynajęliśmy zaprzyjaźnioną i sprawdzoną - Ekajaki.

Pogodę obserwowałem od tygodnia, nie była w prognozach bardzo dobra, jednak nie miało padać, przebłyski słońca i ok 20 stopni - więc spoko. Jednak, aby tradycji stało się zadość, to spływ organizowany przez Harego nie może być cały słoneczny i Posejdon również trzy grosze od siebie musi dodać. I tak samo było i tym razem.


Zbiórka w Bytowie na bazie Ekajaki, dojechaliśmy jako pierwsi z Mikrusem i czekaliśmy chwilę na ekipę Karasia. Pogoda hm... zimno, deszcz pada i niebo zasłane całe chmurami. Ale co tam wszyscy wierzymy, że do południa spokojnie wszystko się zmieni i słońce również nas pogila.
Chłopaki dojeżdżają, szybkie przebranie się w pianki, spakowanie co potrzeba do worków i już Andrzej podstawia busa z kajakami, wskakujemy i lecimy ok 30km na start do Kozina.
Tam widzimy już grupę kajakarzy (głównie turystyczne dwójki i ludzie patrzący dziwnie na wiosło - w stylu ; A po co mi to...?) więc staramy się szybko przed nimi zwodować i przeć do przodu.

Nie obyło się bez szybkiego przeszkolenia od kolegi z Ekajaków, dla chłopaków płynących pierwszy raz na jedynkach - głównie instrukcja zakładania fartucha i awaryjne go zdjęcie. Po ustawieniu fotelików, podestów pod stopy i ubrania fartuchów i kamizelek ruszamy w stronę mostku, gdzie był start naszej przygody.

Pierwszy woduje Mikrus Eskimo, chwila moment i zjeżdża do wody:) , po nim ja wskakuję do kajaku i woduję. Wrażenia odnośnie samego kajaku - wad i zalet opiszę pod koniec, by teraz nie hamować akcji.
Kolejni są chłopaki na Prijonach, i pierwsza wywrotka:) Karasia przy wsiadaniu do kajaku... Techniki wsiadania z dwójek niestety nie sprawdziły się do końca w jedynce, dodatkowo zjeżdżając po zboczu. Także Karaś już pierwsze starcie z wodą ma za sobą, reszta chłopaków ostrożnie woduje i za chwilę już wszyscy ruszamy do przodu.



Pierwsze kilometry to nauka utrzymywania równowagi, reakcje na zachowanie kajaku w różnych podstawowych manewrach... i pierwsze spostrzeżenia to ... nie jest łatwo ale jest ciekawie:)

Na początku Łupawa bardziej przypomina początek Jaru Raduni, winklasta wąska rzeka, wijąca się spokojnie wśród łąk, i pól. Dopiero po jakimś czasie woda robi się płytsza i nurt przyspiesza. Po chwili pojawiają się pierwsze kamienie i głazy wystające przy brzegach. Przestaje padać i wychodzi słoneczko - dosłownie miodzio:)
Wszystkim zaczyna się podobać i z każdym metrem nabieramy większej ochoty na przygodę i jeszcze więcej więcej....


Rzeka jednak co chwilę zmienia swój charakter i już po chwili nurt hamuje a bystrza znikają. Kilka małych drzewek, troszkę slalomu i już jesteśmy przy kanale prowadzącym do hodowli ryb. Tak jak to pokazują znaki "Kajaki ->" płyniemy prosto lewą odnogą :)
Zaczyna się wąski kanał kończący się drutem kolczastym rozciągniętym w poprzek rzeki koło hodowli. Tam zauważamy strzałkę KAJAKI i wychodzimy na przenośkę.
Kolejny raz okazuje się, że wsiadanie i wysiadanie z kajaku jest najtrudniejszą rzeczą do opanowania i w wodzie ląduje Mikrus, dosyć boleśnie uderzając w słupek. Na szczęście puszka piwa w kamizelce zamortyzowało uderzenie i diagnoza - będzie żył :)

Przenosimy dosłownie 20 metrów kajaki i wodujemy po drugiej stronie, już na właściwym korycie rzeki. Powoli zaczyna się najciekawszy odcinek Łupawy.
Rzeka rozszerza się , momentami bardzo płytka tak, że zahaczamy wiosłami o dno.
Na tym odcinku liczne kamienie, których nie widać pod wodą działają jak miny, gdy myślisz, że można się na chwilę odprężyć, położyć wiosło na kajak, wygodnie oprzeć, natrafiasz na taki kamień i w mgnieniu oka zmieniasz kierunek oraz kajak się przechyla do połowy.




Jedynie szybka reakcja i balansowanie pozwala nie zaliczyć kabiny. Takich sytuacji mamy wiele. Odcinek rzeki w tym miejscu faktycznie ma charakter szybkiego potoku górskiego, bystrza wody wdzierają się na kajak, jedynie fartuch chroni nas przed dostawaniem się wody do środka, szybkie slalomy wśród głazów wszystkim się podobają i każdy chce więcej :)

Jednak nic co piękne nie trwa wiecznie i po tym pięknym szybkim odcinku kończy się adrenalina Łupawy a zaczyna spokojna rzeka płynąca malowniczym szlakiem. Pomimo tego Bartek zalicza parę kabin:)
Zbliżając się do elektrowni w Łupawie, kolejne drzewko leżące, które ciężko przeskoczyć Eskimo , które nie daje się tak łatwo rozpędzić jak Cruiser postanawiam pokonać na "żółwika".
Obejrzałem kilka na YouTubie i postanowiłem, że też spróbuję.
Okazuje się to nie aż takie trudne i praktycznie raz dwa i mam nad sobą cały kajak, a za chwilę już jestem po drugiej stronie drzewa:) Siła fizyczna i technika i można tak w Eskimo każde drzewko pokonać.




Dopływamy do elektrowni w Łupawie, tam robimy chwilę odpoczynku, na małe co nieco oraz wylanie wody:)






Zjeżdżamy do wody za tamą po lewej stronie i płyniemy dalej. Pierwsze rozwidlenie i lecimy w prawy kanał. Rzeka im dalej, tym spokojniejsza, pojawia się więcej łąk, lasów dla urozmaicenia poprzednim lasom.
Tutaj za dużo się nie dzieje, płyniemy, płyniemy płyniemy... po chwili widzimy duży piękny most, który jest przy elektrowni w Poganicach, czyli naszemu końcu jednodniówki na Łupawie.
Zmęczeni, zadowoleni choć troszkę z małym niedosytem wyciągamy kajaki na brzeg i zaczynamy opalanie się na trawce, czekając na transport.





Po dłuższej chwili :) dojeżdża transport i wrzucamy kajaki i lecimy na bazę po samochody, skąd wracamy do Gdańska na Afer Party:).

Czas na podsumowania i obiecany opis moich wrażeń z spływu kajakiem górskim Eskimo:
Po wejściu do niego, pierwsze wrażenie to : jak tutaj ciasno, fakt, że najmniejszy nie jestem ale miejsca w porównaniu do Cruisera Prijon bardzo mało, ledwo co się mieszczę z kolanami, a o dużym bagażu to można zapomnieć. Troszkę nie przemyślane oparcie na plecy, jakiś zagmatwany system z paskami i oparciem, które teoretycznie jest w powietrzu, a w praktyce leży gdzieś tam daleko od pleców, przez co robi się z tylu pewna dziura i nie ma o co się oprzeć.
Na tyle mi to dokucza, że zdejmuję kamizelkę i robię  z niej sobie sztuczne oparcie i chyba tylko dzięki temu mój kręgosłup wytrzymał.
Fartuchy dużo lepsze niż w Cruiserach, mocniejsza guma (która czasem może spowodować duże problemy i niebezpieczne sytuacje przy np eskimosce, kabinie), neoprenowe, jednak nie dość wodoszczelne, praktycznie po zanurzeniu woda utrzymywała się np w nim za plecami i przemakała, tak że po jakimś czasie woda pływała w środku.

Kajak bardzo lekki, praktycznie niesie się go jedną ręką, nieduża waga bardzo plusuje przy żółwiku, czy wchodzeniu w nim na drzewa:) Praktycznie mając długie ręce można z nim wejść na drzewa leżące, gałęzie nie wychodząc z kajaka a jedynie wciągając się rękoma.
Kajak bardzoooo wywrotny i  sterowny, 360 stopni robisz w 2-3 sekundy dwoma ruchami wiosła, przy długim Cruiserze nie do pomyślenia.
Jego sterowność i szybkość reakcji na jakikolwiek ruch wiosłem sprawdza się przy slalomach miedzy kamieniami i ratuje w sytuacjach, kiedy się zagapiliśmy i szybko trzeba zmienić kierunek lub coś ominąć, wówczas jedno pociągniecie wiosłem i już jesteśmy obok.
Jednak to ma również swoje złe strony, płynięcie nim po spokojnej rzece bez nurtu i przeszkód, w linii prostej jest bardzooo trudne i wymaga duuużej wprawy w równomiernym wiosłowaniu oraz obserwowaniu i reakcji na zmienny nurt. Praktycznie jedno mocniejsze pociągniecie ręką i kajak od razu nosem skręca o 45 stopni. Kolejna dziwna rzecz, czyli co chwile sam nie wiadomo dlaczego się odwracał, przestawaliśmy wiosłować i oboje jak baletnice synchronicznie się obracaliśmy (można to zauważyć na filmach). Prowadzenie go w linii prostej naprawdę zabiera wiele sił, a każdy błąd jest niewybaczalny przez ten kajak. Chciałem sprawdzić, czy dałbym radę zrobić "Eskimoskę", ale nie było na tyle głębokiej, spokojnej wody, by pobawić się z tym, może innym razem. I na koniec z elementów, które troszkę mnie rozczarowały w Eskimo to pokonywanie w poprzek leżących drzew w formie przeskakiwania po nich z rozpędem. Myślałem, że z powodu jego małej wagi dużo lepiej będzie mu to szło niż Cruiser jednak tutaj okazało się że tak nie jest. Kajak jest innego kształtu, nie rozpędza się go tak łatwo jak Prijona, do tego do samej przeszkody podczas rozpędzania trzeba równo wiosłować, by w ostatniej sekundzie nie zboczył z toru.
Cruiserem na Raduni skakaliśmy ile wlezie z rozpędu, tutaj tym dużo łatwiej i szybciej takie drzewo pokonać żółwikiem lub przeciągając po prostu kajak rękoma.
To wszystko pokazuje faktyczne przeznaczenie tego kajaku, jego żywioł to rwące, potoki, slalomy, i liczne rzeki z przeszkodami zwałkowymi, jest to bardziej kajak do faktycznego spływania rzeką, niż nadający się do długich wycieczek po prostych i spokojnych rzekach.
Mikrus miał podobne odczucia do moich i sam stwierdził, że dużo mniej by trzeba było się namachać płynąc tą tresa zwykłym Prijonem. Ja to odbieram jako nowe doświadczenie, wiem z czym to się teraz "je" i jak dobierać kajak na kolejne rzeki i czego się po nim mogę spodziewać.

Obiektywnie oceniając to czego oczekiwałem, jakiej dawki adrenaliny, stopnia trudności muszę powiedzieć, że niedosyt pozostał, trasa troszkę przereklamowana, podrasowana w internetowych opisach, faktycznie jest tutaj bardzo fajny i ciekawy odcinek, który daje wiele emocji i gdy chcemy wyjść na sucho wymaga dużych umiejętności, jednak dosyć szybko się kończy - i to ta długość tego specjalnego odcinka była troszkę rozczarowaniem, bo sama rzeka i spływ w tej ekipie:) to czysta przyjemność.

Ekajaki (żeby nie za dużo słodzić :)) spisały się na medal, profesjonalną obsługą (poza drobnym poślizgiem czasowym przy transporcie powrotnym) zarówno przed samym spływie, już na etapie planowania i wymieniania korespondencji z Andrzejem jak również już na samym spływie.
Także kolejny spływ z tą firmą uważam za udany i już w planach następne.... także niedługo pojawią się nowe opisy ciekawych tras i przygód.







ALBUM ZDJĘĆ 
.

3 komentarze:

  1. Super relacja :-) Mma nadzieję, że spływ na Wieprzy okaże się równie ciekawy :-)pozdrowionka od Dagusi

    OdpowiedzUsuń
  2. Dzieki Hary za organizacje, pogode, cierpliwosc i jak zwykle rewelacyjny splyw :D. Oby takich wiecej wypadow, w tak doborowym towarzystwie :).

    OdpowiedzUsuń
  3. najważniejsze, ze tradycyjnie chwilkę padało :-) i wróciliście cali i zdrowi :-) relacja bardzo fajna :-) agentka00

    OdpowiedzUsuń